Przez lata polskie miasta przyzwyczaiły się do nadmiaru. Baner na płocie, szyld na szyldzie, reklama na elewacji, billboard przy skrzyżowaniu, potykacz na chodniku, migający ekran w witrynie, folia na szybie sklepu. Każdy z tych elementów osobno mógł wydawać się niewinny. Razem tworzyły jednak krajobraz, który przestał być miastem, a zaczął przypominać tablicę ogłoszeń bez redaktora.
To nie jest wyłącznie spór o gust. Nie chodzi tylko o to, czy komuś podoba się czerwony baner, żółty szyld albo reklama lombardu na historycznej kamienicy. W tle jest pytanie znacznie poważniejsze: kto ma prawo do wyglądu miasta? Właściciel lokalu? Reklamodawca? Samorząd? Mieszkaniec, który codziennie przechodzi tą ulicą? Turysta, który widzi nie architekturę, ale warstwę przypadkowych komunikatów przyklejonych do budynków?